Pomiędzy jeziorem Taupo a Rotorua rozciąga się strefa wulkaniczna o długości ok. 250 km i szerokości od 30 do 80 km. Bliżej północnej części strefy znajduje się obszar zwany Wai-o-Tapu, na którego terenie są gorące źródła i kratery powstałe na skutek zapadnięcia się ziemi spowodowanego procesami erodującymi związanymi z działaniem substancji zawartych w wydostającej się parze, a trafi się także i sadzawka błotna. Dzięki reakcjom chemicznym związanym z utlenianiem się minerałów otoczenie przybiera piękne kolory. Chcieliśmy to zobaczyć.
Przeszliśmy więc wszystkie trzy ścieżki, w sumie ok. 3 km, co zajmuje ok. 1,5 godz. Jest to miły, niewymagający większego wysiłku spacer. Minusem jest cena – 45 NZD za osobę, choć w porównaniu do Te Puia, za który chcą dwa razy więcej, można uznać, że to prawie darmo.
Zastanawialiśmy się chwilę, czy skorzystać z takiej oferty, ale przeważyła zawartość oferty: gejzer Pohutu, zobaczenie ptaka kiwi i opowieść o działalności centrum maoryskiego.
Gejzer się spisał – pięknie i długo tryskał, a potem wybuchał – było na co popatrzeć. Z dwóch okazów kiwi tylko jeden się objawił w całości, drugi najwyraźniej był nieśmiały, bo siedział w krzakach, wystawiając jedynie dziób. Centrum maoryskie to natomiast kreowanie okazji do wyciągania pieniędzy od turystów. W ramach kompleksu jest centrum rzemiosła Maorysów, podobno finansowane w całości z datków, którego uczniowie doskonalą się w sztukach dzięki stypendiom. Uczniowie wyglądali raczej na uczestników kursu rozwijającego zainteresowania zarówno z uwagi na wiek, jak i postawę (przebierali nóżkami do wyjścia). Na koniec można było kupić ich wyroby po idiotycznie wysokich cenach, której średnia przekraczała tysiąc NZD. Jakoś nikt z uczestników się nie skusił. Najdziwniejsze jednak było to, że sprzedawali drożej o ponad 10 NZD książkę, która była również dostępna w informacji turystycznej tuż obok. Najbardziej rozczulający był przewodnik, który informację o tym, że jesteśmy z Polski, skomentował pytaniem: „to gdzieś w Kanadzie?”. Trzeba mu jednak przyznać, że opowiadał trochę o zwyczajach maoryskich przy okazji prezentacji różnych przedmiotów. Czasem przechodził na maoryski, ale wydaje mi się, że to w pewnym stopniu poza. Zapytany na stronie przez innego Nowozelandczyka o słownictwo, odpowiedział, że dużo czyta w tym języku. Wszyscy kursanci maoryscy rozmawiali między sobą po angielsku, a przecież to język, którego wszyscy uczą się w szkole. Wygląda to na skansenowe myślenie o minionych zjawiskach.
Rotorua, stolica regionu geotermalnego, ma również publiczny park geotermalny (Kuirau) z darmowym wejściem. Może nie jest tak spektakularny, jak Wai-o-Tapu, ale jest za darmo. Inną atrakcją było muzeum i galeria sztuki w jednym – aktualnie nieczynne. Z zewnątrz wygląda jak dom zdrojowy z czasów austro-węgierskich.
Dziś trochę zaspaliśmy, ale na szczęście bez negatywnych konsekwencji. Nie zobaczylibyśmy niczego w innym stylu niż geotermalny, a jeszcze zaoszczędziliśmy po 42 NZD, gdyż nie zdążyliśmy na ostatnie zwiedzanie sadzawek błotnych w innym parku rozrywki, gdyż ostatnie wejście było o 16.00. Wygląda na to, że zwiedzanie NZ w drugiej połowie kwietnia ma dwa minusy – szybko (17.40-18.00) robi się ciemno i w związku z tym są krótsze godziny otwarcia różnych atrakcji.