25 kwietnia jest świętem narodowym w Australii i Nowej Zelandii. Początkowo zostało ustanowione w celu upamiętnienia nowozelandzkich i australijskich żołnierzy poległych w bitwie o Gallipoli, która rozpoczęła się 25 kwietnia 1915 r. Po II wojnie światowej objęto nim również tych, którzy zginęli podczas tego konfliktu. Przy okazji święta, jak się przekonaliśmy, wspomina się również wszystkich żołnierzy nowozelandzkich poległych w czasie każdej operacji wojskowej.
Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Wczoraj sprawdziliśmy, jakie uroczystości będą się odbywać, żeby móc wziąć w nich udział. Dzięki temu stawiliśmy się pod National War Memorial, gdzie o 9.00 rozpoczynały się obchody. Najpierw przemawiał pastor (prowadzący zresztą całą uroczystość), który powiedział bardzo mądrą rzecz – „nie zgromadziliśmy się tu po to, żeby protestować przeciwko wojnie ani jej hołubić, przyszliśmy tu po to, żeby upamiętnić ofiary wojny”. W drugiej kolejności odbywało składanie wieńców, czy raczej małych wieńczyków, bez zachowania protokołu dyplomatycznego – chyba obowiązywała kolejność zgłoszeń. Niestety nie było przedstawiciela ambasady Polski – co prawda był wieniec od przedstawicielstwa UE, ale Francja i Niemcy występowały oddzielnie. Do składania wieńców w części oficjalnej – i w mojej ocenie słusznie – nie dopuszczono aktywistek z plakatem pseudopacyfistycznym. I nie jest to wyraz mojego poparcia dla prowadzenia wojen, ale świadomości tego, że są tacy, którzy wojny chcą – wówczas zadziałać może tylko zasada: „si vis pacem, para bellum”. Nie mówiąc już o tym, że było to spójne z wyrażonym przez pastora stanowiskiem co do znaczenia obchodów święta ANZAC (Australian and New Zealand Army Corps). W trzecim kroku był krótki apel poległych i nowozelandzka wersja „Śpij kolego”, a na końcu odegrano hymn państwowy. Po zakończeniu części oficjalnej każdy mógł złożyć kwiaty lub wpisać się do księgi pamiątkowej. Tłumów nie było, ale pusto też nie było. I nie było żadnych bramek, kontroli itp.
Oczywiście zrobiliśmy sobie też spacer po Wellington, które wielkich atrakcji nie ma. W pewnym uproszczeniu to miasto jednej ulicy – najciekawsze budynki rozmieszczone są w jednej linii. Miejsca, których zwiedzanie nas interesowało: budynek parlamentu (co godzinę jest oprowadzanie) i muzeum narodowe, były zamknięte z uwagi na święto. Tego dnia obowiązuje również ustawowy zakaz otwierania sklepów i sprzedaży alkoholu do godz. 13.00, o czym przekonaliśmy się na promie.
Drugą najmilszą rozrywką Wellington dzisiejszego dnia był wjazd kolejką linową na okoliczne wzgórze. Wiało niesamowicie.
Wiało również podczas przeprawy przez Cieśninę Cooka, ale to zrozumiałe na tej szerokości geograficznej. Prom był na to odporny – kołysania w zasadzie nie było. Dopiero wyjście na pokład zewnętrzny pozwalało odczuć, co znaczy wiatr. Momentami zapierało dech w piersiach. Było super!
Żeby choć trochę ułatwić sobie aktywności zaplanowane na piątek po zjechaniu z promu w Picton przemieściliśmy się do Nelson.