Droga z Haast do Queenstown zapewnia niesamowite widoki – jest się otoczonym przez piękne góry. Można byłoby zatrzymywać się co parę kilometrów, żeby nacieszyć oczy i zrobić zdjęcie. My też robiliśmy postoje, choć rzadziej. Zachwytom nie było końca. Przejechać tę drogę po zmroku byłoby wielką stratą.
Oprócz wielu krótkich mieliśmy trzy dłuższe przystanki. Pierwszy, rano – na dobudzenie, bo w cieniu termometr wskazywał 4 stopnie C: to krótki szlak do wodospadu przez las deszczowy i jeszcze fragmentami puste koryto rzeki.
Drugi – w Arrowtown, dawnym miasteczku poszukiwaczy złota, na które natrafiono tu w 1862 r. Wzdłuż ulicy stoją małe domki niczym z Dzikiego Zachodu. Dziś, jak się okazało, dodatkową atrakcją było święto jesieni, a przekładając na polski – festyn. Były rozstawione dwie sceny: jedna dla dzieci, druga dla dorosłych, stoiska z jedzeniem i innymi akcesoriami, a także wróżki, cyrkowcy oraz stare samochody. Impreza cieszyła się dużą popularnością zarówno wśród miejscowych, jak i turystów tym bardziej, że było piękne słońce.
Trzeci – w Queenstown, które będąc centrum obsługi turystów, może wyglądać, jak miasto, a nie tylko jak zestaw przypadkowych baraków do sprzedaży poszczególnych usług. Wszystkie atrakcje miasta sięgają swoim pochodzeniem czasów jak najbardziej współczesnych, ale nie znaczy to, że są niewarte uwagi. Świetną opcją jest kolejka linowa, którą wjeżdża na 480 m – zapewnia świetny widok na Queenstown i jezioro Wakatipu (59 NZD). Można również za dopłatą skorzystać z jazdy saneczkami, ale się nie skusiliśmy.
Warta odwiedzenia jest również ptaszarnia funkcjonująca w obrocie pod nazwą Kiwi Park (55 NZD). Kiwi są wabikiem dla odwiedzających, bo równie ciekawe są inne ptaszory: kea, weka, sowy, kaczki, a także gady: tuatara (łupkozęb) i scynk, które tam można obejrzeć. Super miejsce dla tych, którzy chcą zobaczyć endemiczne dla NZ gatunki zwierząt.
W Queenstown skorzystaliśmy również z pośrednictwa oferowanego w centrum obsługi turystów w zakupie rejsu po Milford Sound na niedzielę.