Na stanowisku Arslantepe stawiliśmy się kilkanaście minut po 8.00. Cisza była, jak makiem zasiał, ale bramka stała otworem. Żadnych biletów, żadnej obsługi, choć jak się przy wyjściu okazało, ktoś jednak siedział w kantorku. Połaziliśmy po dosłownie trzech dostępnych korytarzach, gdyż pozostałe są odgrodzone – a to budują kładki, a to prowadzą prace odkrywkowe lub restauracyjne. Duża część wzgórza jest do zwiedzania niedostępna, ale są bardzo dobre tablice informacyjne. Można się m.in. dowiedzieć, że pierwsze ślady osadnictwa są datowane na okres pomiędzy 3900 a 3500 r. p.n.e., istnieli urzędnicy zajmujący się rozdziałem dóbr, a pałac spłonął nagle i szybko. Hetyci, których ślady można zobaczyć przed wejściem w postaci płaskorzeźb, byli więc późniejsi. Czuliśmy pewien niedosyt, ale skoro i tak będziemy musieli wrócić na Górę Nemrut, to może i tu wstąpimy tym bardziej, że można się wkrótce spodziewać centrum informacyjnego, którego budynek już stoi, choć na razie pusty.
W Sivas zatrzymaliśmy się, gdyż to ważne miejsce dla państwowości tureckiej. To tu podjęto decyzję i określono plan walki z Anglikami, Francuzami, Grekami i Włochami, którzy po pierwszej wojnie światowej okupowali fragmenty Imperium Osmańskiego. Wyrazem tej idei jest spory pomnik Ataturka.
To zresztą wygodne miasto do zwiedzania. Wszystkie atrakcje są blisko, a duża ich część jest zgromadzona wokół głównego placu. Najładniejsza jest medresa. Pozostała zabudowa śródmieścia to bloki, które nie stoją samodzielnie, dzięki czemu tworzą zwartą zabudowę. To zresztą typowe dla tureckich miast.
Ostatnim przystankiem było Hattusa, choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy dotrzemy na czas. Zimą większość zabytków zamyka się o 17.00. Doliczając czas na zwiedzanie, należy być co najmniej godzinę wcześniej. Nawigacja wyznaczyła ostatnie 40 km przez boczne drogi, ale zanim zorientowałam się, że wlicza do tej kategorii również drogi polne, to straciliśmy czas na pokonanie ok. 8 km w jedną stronę. Gdyby było sucho, to pewnie zdecydowałabym się jechać i drogą polną, ale padało, a tam jest glina, więc groziło to ugrzęźnięciem. Musieliśmy wrócić. Gęsta mgła, która pojawiła się na ostatnich 30 km również nie pomagała. Udało nam się jednak o 16.03 zameldować przy bileterii (wstęp to równowartość 3 euro). I nie byliśmy ostatni. Razem z nami zwiedzało 5 drużyn. Po wzgórzu, na którym są pozostałości stolicy państwa Hetytów, przemiesza się człowiek samochodem.
Mgła nie odpuszczała. Widoczność była na kilkanaście metrów. Nie było mowy o żadnych widokach, ale to też miało swój urok. Godzina wystarczyła na zatrzymanie się na każdym miniparkingu i obejrzenie poszczególnych elementów, choć najbardziej spektakularne są bramy i rampa przypominająca schody na piramidy Majów. Sądząc po pozostałościach, państwo Hetytów było naprawdę potężne. Nikt słaby nie mógłby zbudować i utrzymać dużego miasta położonego na wzgórzu ok. 1650 r. p.n.e.
Najzabawniejsze było to, że gdy zjeżdżaliśmy ze wzgórza, mgła się podniosła.
O ile Hattusa pokazuje potęgę Hetytów, o tyle Yazilikaya, którą od Hattusa dzielą 2 km, pokazuje ich wyrafinowanie. W dwóch naturalnych komorach można podziwiać płaskorzeźby przedstawiające ich samych. Świetne miejsce. Oba miejsca są, wg mojej miary, w czołówce atrakcji tureckich.